Odrodzenie
Radość z robienia niczego, z dłubania w nosie, ocytryniania herbaty, odrywania skórek i wycierania nosa. Magiczne wydłużenie doby o 2 dodatkowe godziny. Gwałtowna potrzeba nieprzeczytania kolejnych 2 rozdziałów. Samozmywalne naczynia, samosprzątalne mieszkania. Dużo spontanicznych uśmiechów i wesołych narzekań, opowiadań z rękawa i marudzenia o dupiemaryni. Czasami samotne, zapadane deszczem okna, z prostego niezawisłego bezprzyczynowego nie pozbawionego wyrzutów sumienia. Dzień zjedzony na rozwikłanie problemu dręczącego niemnie. Dusza śpiewa, tak lekka, że uniósłby ją wiatr. A wszystko to tak po prostu, bez zbędnych zastanawiań.
Umartwienie
Aż tu zdziwienie, gdy nagle czasoprzestrzeń nie chce się odginać. Dziwne, wręcz racjonalne pytania. Co mi przyjdzie po bezczynnych dwóch godzinnach, bezowocnym siedzeniu? Bardzo ważne zajęcia mnożą się w tempie wykładniczym, a drogi zasypują się dwumetrową nieprzejezdną warstwą śniegu. Dawne przaśne nie spotyka się z oburzeniem. Presja rośnie i rośnie, a wraz z nią brudne naczynia, koty pod łóżkiem i łazienkowy syf. Jedynym ważnym problemem jest sposób ucieczki. Każde spotkanie rodzi się z coraz większych bólach, kończy coraz większym wyparciem. Istnieje jedynie pod wpływem imperatywu.
Miejsce, w którym chcę zamienia się w muszę to symboliczny koniec. To nieuchwytny w czasie relacyjny kąt półpełny. To droga, z której się nie wraca.