Leżę w płytkiej ciepłej wodzie strumyka. Delikatny prąd porusza moje włosy. W uszach tylko cichy chlupot. A słońce całuje całe moje ciało bez opamiętania.
Tymczasem wewnątrz wciąż rozwija się przędza, nić życia. Zapętla się coraz to bardziej, to prostuje i tkwi w bezruchu. A w misie życia przeplata się to moja, to twoja, by wciąż to łączyć się, to rozdzielać.
Znikamy wciąż, by znaleźć się w ukrytym miejscu i opleść złotym kokonem. Okrywa atłasem, poi, ogrzewa. Koronuje.
Później pojawiają się juz tylko coraz to nowe gwiazdy, dostępne na wyciągnięcie ręki. W dotyku są miekkie i ciepłe, a przy każdym zetknięciu przenoszą w inną przestrzeń. Trzeba na nie uważać, czasami pożerają różne części ciała.
Stamtąd można skoczyć już tylko w otchłań beznogich i bezrękich. Pływać w gęstych straconych wodach i dławić się stratą, by w końcu ona sama wyrzuciła nas na suchy ląd, po którym uczymy się stąpać nowymi kończynami.
A na horyzoncie widać coraz to nowe rajskie wyspy.