Słyszysz odgłos skraplających się powoli myśli? Spadają ciężko, gęsta konsystencja zatykająca drogi oddechowe i powieki tak sztywne stalowe, że żadna z kaw nie zdoła ich unieść. Z boku na bok, na drugi, na trzeci, żeby się uleżały, ubiły, wchłonęły, zapomniały. A one chlupoczą i coraz głębiej zmrożone sztylety swe wbijają. Na palcach, paluszkach je omijam, dotykam niekiedy, ale wyjść nie chcą nawet miękkim ciepłym dźwiękiem. Uśmiech maluje je farbą bez koloru.
Deski wiekowe trochę spróchniały, nie można się już ich złapać. Trzymam się drzazg, które przypadkowo wbiły się w ciało. Pobierają substancje i rosną. Coraz więcej korzeni i pędów młodych zielonych. Ich uśmiech nie nakłada czapek niewidek.
2 Komentarze
Szacunek do samego siebie, podstawą naszej egzystencji !
O ja… a ja jak za kazdym razem czytam to co piszesz to brakuje mi słów… Dosłownie.