Archiwa miesięczne: grudzień 2006

czy zawsze już uczepiona szyi pana mego, komputera, biegać będę w tę i nazad, z koszulką poplamioną dżemem i czekoladą z orzechami, z oczyma przekrwionymi od miłosnego wejrzenia raz po raz. W piżamach każdej maści, z przedmiotami, które dłonie moje stawiają wokół cudu, które przesiąkają szybko technologicznym zapachem, fermentują, pleśnieją. Ja, wolne ciało uwięzione duchem, znam nową radość każdego święta. Koperta na ekranie pokrytym warstwą wydzielin organizmu, potu, łoju, woszczyny z ucha. Pod nią przewija się imię i nazwisko nadawcy. Cóż mi przyjdzie z przeszkód, z rozstawiania moich małych ołtarzyków w przeciwległych częściach domu, by móc przebywać całokształtem przy wigilijnym stole, skoro oczy zamknięte błądzą z wolą po każdym zakamarku, a uśmiech nie pojawia się bez ujrzenia zakłóceń na ekranie tyrana kolejnego lub usłyszenia trzech krótkich bzzz. Rodzino, jedz szybciej, ości połykaj całe, udław się, byleś zdążyła, za chwilę wielki hit kinowy pokaże telewizja dobrodziejka świata. Mikołaj w tym roku pomyślał, udoskonalił percepcję krystalicznym dźwiękiem z kolumn domowego kina, nareszcie, kochamy cię mikołaju (choć jak widzisz nie szanujemy małą literą). Czymże więc jesteście święta bez śniegu, jeśli życzenia o narodzeniu Jezusa w sercach są śmieszne, ale i bezduszność trapi sumienie? Czym?