Grawitacja zbyt gwałtowna, masa wielka, plackiem leżę na lekko już zazielenionej trawie. I jak tu wstać i odlecieć? Ciśnienie napiera, wciska w ziemię, wgniata w jezioro. Tak tonę w kolorze żywym, w sylwetce, w oprawie oczu. I jak tu nie widzieć oka przysłoniętego, bródki, tyłu głowy, kiedy coraz głębiej i wszystko wdziera się, dusi, połyka się. Ani wypłynąć czystym, bo szczęście powierzchni atakuje zachłyśnięciem i znowu spadasz w dół w dół. A niebo nad tobą płacze, jakie kochane. Pomyślało o tobie.
Zasmakowałam i kradnę już teraz wszystko, podporządkowuję i przywłaszczam.Cieszę się, że wzór gotowy. Ale też i nie kłamię, żeruję otwarcie, żerem się chwalę. Bo kradnę dobre, sprawdzone, bezpieczne. A moje własne jest chore, koślawe i nigdy nikt nie podał materialnej ręki, ramienia, boku.
Dlatego nie ma już uśmiechu w tym oknie burym. Zabijam je deskami jak siebie. Zostaje kleptomanka. Nie wie jak użyć wykradzione życia.
3 Komentarze
a słońce tez o nas mysli! i ciągnie w górę!:*
gubię się w tym. a tu z żyć korzystać pełnymi garściami trzeba. co za gópia zasada.
zabierzesz mnie na tą plażę?