Minuty ciągną się jak guma, sklejają w bezkształtną masę, rozwlekają coraz szerzej, przywierają do brzegów chwili. Otaczają z każdej strony, obejmują ciepłe ramiona, ściskają serdecznie. Brak powoli powietrza, ginie chwila w żelaznym uścisku, uduszona olbrzymim tworem. Niekiedy zdoła jeszcze przed śmiercią zakwilić, podskoczyć nerwowo, zapłakać nad swym marnym losem. Przyspiesza cały proces, udaje wolną wolę. Dławi się własnym płaczem.
Spazmy nasze codzienne, niewidoczne, choć to w nas coś umarło. W kółko te same śmierci, coraz rzadsze pogrzeby czy choćby łza uroniona. A cmentarzysko coraz większe, większe, ma tą właściwość, że im większe, tym słabiej widoczne. Od czasu do czasu potknięcie o drzewko, co wyrosło na szczątkach.
3 Komentarze
Paranoja. Coś jest takiego w ludziach.
Ale wierzę w te drzewka
Ja nie wiem o co Ci tu chodzi…Wybacz…
“W kółko te same śmierci, coraz rzadsze pogrzeby czy choćby łza uroniona.”
Życie to jedno wielkie cierpienie, jedna wielka rana, która nigdy sie nie goi. Często, bardzo często ludzie rozdrapują ją bardziej.Powiększa się, bardzo trudno sie goi, powodując ogromny ból. Innym razem ludzie starają sie robic wszystko, aby rana była jak najmniejsza, aby nie sprawiała tyle cierpienia. To bardzo trudne, chyba najtrudniejsze w życiu, ale niektórym sie udaje.
trzymaj sie ziombel ;*