Do czego prowadzi wieczne umartwianie się? Podchodzenie do wszystkiego jak do kary? Odmawianie sobie tego, na co ma się ochotę a potem oglądanie swojej smutnej twarzy w lustrze? Coś trzeba osiągnąć, z czegoś zrezygnować, by móc częściej się uśmiechać i skakać do nieba.
*
Jeszcze niedawno spytałabym się dziewczyny płaczącej przez chłopca: dlaczego tak właściwie, po jaką cholerę? Powiedziałabym, że nie warto. Ba, byłabym przekonana, że jest niespełna rozumu. Jeszcze niedawno nie czułam żadnego szmeru i łaskotania w sercu, mimo to goniłam uparcie i jak najszybciej do celu, który coraz bardziej się oddalał. Teraz już odzyskałam przywilej odczuwania i rozpaczania nad drobnym gestem. Śmiech zamieniony w lament i znowu w radość i wszystko to w kilka sekund. Drepczę sobie wokół jednego punktu, którego nigdy nie osiągnę. Nie twierdzę, że jest mi dobrze, ale zyskałam przebłysk człowieczeństwa, wciąż nierozwiniętego i introwertycznego.
3 Komentarze
ehh.
bawimy się w tragiczne bohaterki, “And life slips by like a field mouse Not shaking the grass”
Nie zyskałaś, miałas zawsze tylko chowałas..