Wirtualną miłość przeżywają tylko najwięksi tchórze. To nierealne
k o c h a m c i ę. Prawdziwy ból w mostku wywołany wizjami, czyli wielokrotnymi kłamstwami. Każda ze stron kłamie, bo odsłania tylko małą niewidzialną cząstkę siebie, mogąc ją dowolnie dostosować. Dodatkowo z tego ułamka wirtualnej osobowości odbiera tylko to, co chce przyjąć do wiadomości, resztę zapełniając pierworzędną konfabulacją. Tworzy się bajkowy obraz ideału o fizyczności od gruntu stworzonej przez wyobraźnię, w dodatku zdezorientowaną. W konsekwencji można odczuć substytut miłości do kogoś (czegoś?), kto (co?) nie istnieje. Nieprawdziwość zakrywa się stwierdzeniem: to coś więcej. To miłość tak czysta, że wydaje się inna. To połączenie dusz. Dusz. Dusz. To magia. Niech to nigdy nie mija.
Ale wirtualne zauroczenie (nie używajmy większych słów) dane jest przeżyć tak silnie tylko raz. Bo okazuje się, że każdy jest zdolny do bycia kimś wspaniałym na kilka smsowych sekund, na odległość, na ekranie, gdy nie ma zagrożenia zdemaskowaniem. Teoretycznie każdy uliczny cham i nieudacznik może być tym jedynym, magicznym królewiczem na białym smsowym rumaku. Na jakie poświęcenia jest gotów? Na to, że zamilknie na parę dni? Przynajmniej zaoszczędzi.
Wreszcie znalazłam odpowiedź. NIE MOŻNA ŻYĆ SAMĄ BEZCIELESNĄ NIEWYPOWIEDZIANĄ WYOBRAŹNIĄ. To nie jest życie, to nędzna wegetacja. Dodatkowo uzależnia jak narkotyk, zamyka człowieka w czterech pancernych ścianach. Jaki los czeka tych, którym nigdy nie uda się z nich wydostać?
zbawienie. jakie to szczęście że cię pożegnałam!